"Lucky" ("Szczęściarz")

"Lucky" ("Szczęściarz")

O czym to jest: Stary ateista poszukuje sensu życia.

szczęściarz recenzja stanton lynch

Recenzja filmu:

Wszyscy znacie Harry'ego Deana Stantona, nawet jeśli o tym nie wiecie. Ten zmarły w zeszłym miesiącu 91-letni aktor zagrał w ponad 200 produkcjach! Większość z nich to filmy niezależne (dlatego też mało znane nad Wisłą), produkcje telewizyjne lub małe role w większych kinowych hitach, które łatwo przegapić. Jednakże czujne oko miłośników popkultury na pewno dostrzegło Stantona chociażby w rolach Bretta w pierwszym "Obcym", Mózga z "Ucieczki z Nowego Jorku", Św. Pawła z "Ostatniego Kuszenia Chrystusa" czy w końcu zarządcy kempingu z "Twin Peaks". Całe to życiowego doświadczenie Stantona osiągnęło kulminację w rewelacyjnym, kameralnym filmie "Lucky", który mieliśmy okazję zobaczyć dzięki American Film Festival we Wrocławiu.

Ciężko będzie Wam trafić na ten film, ale jeśli tylko będziecie mieli okazję go obejrzeć, nie wahajcie się ani chwili. To debiut reżyserski Johna Carrolla Lyncha, którego znacie głównie jako aktora (ostatnio zagrał jednego z braci McDonaldów w "The Founder"). Nie mylcie go z legendarnym Davidem Lynchem (zbieżność nazwisk przypadkowa) - choć jako ciekawostkę dodam, że David Lynch również wystąpił w "Lucky" w rewelacyjnej roli Harolda, zrozpaczonego właściciela zaginionego żółwia. J.C. Lynch zafundował nam liryczną opowieść o starym człowieku u schyłku życia, którego biografia w wielu miejscach pokrywa się z życiorysem samego Stantona. Postawiony przed faktem nieuchronnej śmierci ze starości, główny bohater (tytułowy Lucky) postanawia się z nim zmierzyć i zaakceptować nieuniknione. Nie ułatwia tego fakt, że jest twardogłowym ateistą, zatem nie liczy po śmierci na żadne zaświaty lub chóry anielskie. Mimo to nie poddaje się rozpaczy i z każdym dniem walczy, by pozostać wiernym samemu sobie.

W pewien sposób "Lucky" to manifest ateizmu, ale ja widzę w tym filmie hołd dla siły ludzkiego ducha i potęgi spokoju, świadczącej o szlachetności charakteru. Jest tu nawet spora dawka buddyjskiej filozofii, przemyconej w wojennej opowieści w wykonaniu dawno niewidzianego Toma Skerritta. Jeśli oglądaliście zeszłoroczny hit "Paterson" z Adamem Driverem, to odnajdziecie w "Lucky" podobny poetycki nastrój, pełen zadumy i rozważań nad sensem życia. To jednocześnie kameralne i niezwykle wzniosłe kino, które ma coś do przekazania widzom. To film przez duże F. Jedno z tych dzieł, dla których warto chodzić do kina. I, jak przystało na pożegnanie Harry'ego Deana Stantona, ważne i znaczące. Polecam.

Wniosek: Wspaniałe pożegnanie wielkiego aktora.


"Thor: Ragnarok"

"Thor: Ragnarok"

O czym to jest: Thor próbuje uratować Asgard przed końcem świata.

thor ragnarok recenzja hemsworth hiddleston blanchett elba

Recenzja filmu:

Ktoś słusznie zauważył, że cała seria przygód Thora - nordyckiego boga, a tak naprawdę umięśnionego kosmity i superbohatera - jest niedorzeczna. Widzowie wiedzieli to już od dawna, ale teraz po raz pierwszy dostrzegli to również twórcy! Dlatego też producenci "Thor: Ragnarok" zrezygnowali z napuszonej i sztywnej pompy, jaką serwowano w pierwszym "Thorze" oraz "The Dark World", fundując w zamian szybką, zabawną i pozbawioną hamulców space operę w klimacie "Strażników Galaktyki". Brawo, o to chodziło!

Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że przygody Thora mogą być tak zabawne! Ale trudno się dziwić zmianom i ewolucji, wszak "Ragnarok" to siedemnasty film z serii "Marvel Cinematic Universe". Gdy kręci się tak dużo produkcji, w pewnym momencie trzeba sprawić, by każda miała indywidualny styl i tempo. W przypadku tego dzieła sukces jest stuprocentowy. "Ragnarok" to wizualnie i artystycznie spójne dzieło nawiązujące do kultowego filmu "TRON" oraz stylistyki pop-art. Neony, ostre kontrastowe kolory i elektroniczna muzyka w klimacie lat 80. - oto, co czeka na Was na ekranie. I zapewniam, że ta wizja rewelacyjnie pasuje do odjechanej space opery, prezentowanej w filmach Marvela. I jeszcze ten humor! Jasne, żarty są miejscami tak suche, że aż pęka skóra, ale przynajmniej nie są żenująco wulgarne, jak - niestety - bywało to w "Strażnikach Galaktyki". Ponadto to bardzo uczciwy film, bowiem to co widzicie w zwiastunach (pod względem klimatu i tempa narracji) jest dokładnie tym, co widzicie w kinach. Wliczając w to kultową muzykę Led Zeppelin!

Widać, że cała obsada bawiła się przednie kręcąc ten film. Nie będę wymieniał wszystkich wielkich nazwisk, jakie przewinęły się przez ekran, bo zepsuję Wam kilka świetnych niespodzianek. Powiem jedynie, że Chris Hemsworth umiejętnie dokonał ewolucji Thora z tępego mięśniaka w sympatycznego i wyluzowanego bohatera, którego chętnie będziemy śledzić na ekranie. I to całkiem niedługo, bo premiera kolejnej części "Avengersów" już za pół roku! A tymczasem rozsiądźcie się wygodnie w fotelu, weźcie wiadro popcornu i dajcie się ponieść wspaniałej przygodnie, w której Thor, Hulk, Loki, Heimdall i Karl Urban będą walczyć ze złą Galadrielą, by ocalić Asgard. Satysfakcja gwarantowana!

Wniosek: Świetna, rozrywkowa space opera. Wizualna rewelacja!


<<< Sprawdź kolejność oglądania filmów Marvela! >>>


"Twin Peaks" ("Miasteczko Twin Peaks")

"Twin Peaks" ("Miasteczko Twin Peaks")

O czym to jest: W małym miasteczku ktoś morduje nastolatkę. Agent FBI rozpoczyna śledztwo.

david lynch

Recenzja serialu:

Długo omijał mnie cud telewizji, jakim jest serial "Twin Peaks". W końcu na wieść o planowanym trzecim sezonie postanowiłem nadrobić to haniebne zaniedbanie. Zaznaczam na starcie: nie przepadam za filmami Davida Lyncha, które uważam za zbyt psychodeliczne nawet jak na mój gust. Taka na przykład "Diuna" jest wizualnie piękna, ale fabularnie ciężka... Na szczęście "Twin Peaks" jest idealnie takie, jak być powinno. Kultowe.

To matka wszystkich seriali i produkcji klasy "małe miasteczko z tajemnicą" (najnowszym przykładem tego trendu jest chociażby "Cut Bank"). Fikcyjne Twin Peaks, zagubione na granicy USA i Kanady w stanie Washington, ma prawdopodobnie więcej tajemnic niż mieszkańców. Dzieją się tu dziwne, nadprzyrodzone rzeczy i wydarzenia, pośród których wiecznie pogodny agent FBI Dale Cooper (rola życia Kyle'a MacLachlana) krok za krokiem rozwikłuje zagadkę śmierci nastolatki Laury Palmer. Okazuje się, że w Twin Peaks nic nie jest takie, jak się wydaje... Wizje, psychodeliczne sny, zło drzemiące w lasach, dziwne postacie, aluzje i pokręcone spiski... Można to oglądać godzinami. Takie seriale jak "Lost" nigdy by nie powstały, gdyby nie "Twin Peaks", nakręcone nowatorsko (jak na swoje czasy) jako jeden długi film podzielony na fragmenty, a nie typowy serial z pojedynczymi epizodami.

Nie mogę się do niczego przyczepić. Zdolność Lyncha do przeskakiwania między konwencjami w ciągu dosłownie jednej sceny nie przestaje mnie zadziwiać. Absurdalna komedia potrafi się w kilkanaście sekund przekształcić w mrożący krew w żyłach horror, a następnie film erotyczny. Dużo drobnych szczegółów ma głębsze znaczenie i ukryte dno, ale wyraźnie widać, że jest w tym wszystkim jakiś plan. Ale jaki to plan i kto zabił Laurę Palmer? To musicie odkryć sami. Pamiętajcie przede wszystkim, by nie traktować "Twin Peaks" jak typowego serialu, a raczej patrzeć na nie jak dzieło sztuki nowoczesnej, takie jak rzeźba czy obraz. Gdy jesteście w muzeum lub na wernisażu i patrzycie na artystyczną instalację, może się wam kojarzyć z różnymi rzeczami (albo i z niczym). Tak właśnie jest z tym serialem. Każde ujęcie, linia dialogowa czy postać stanowią sztukę dla samej sztuki. Niektóre z nich składają się w (mniej więcej) logiczną całość, inne zaś prowadzą na manowce i nie wnoszą nic do fabuły. Co wcale nie oznacza, że nie warto ich poznać!

Na szczęście dla światowej telewizji, "Twin Peaks" - zakończone w 1992 roku kinowym filmem "Fire Walk With Me" - nieoczekiwanie (choć zgodnie z zapowiedziami sprzed ćwierć wieku) powróciło na ekrany w 2017 roku! I to w jakim stylu! Na planie zjawili się niemal wszyscy aktorzy z dawnych lat, nawet jeśli stali na progu śmierci (kilkoro z nich zmarło zresztą w trakcie lub tuż po zakończeniu zdjęć). Uwierzyli że David Lynch ma jeszcze coś do powiedzenia na tym świecie, zanim pożegna się z miasteczkiem Twin Peaks na dobre. Gwarantuję, że ilość psychodeli zaklęta w 18-odcinkowym trzecim sezonie (zwanym też "Limited Event Series" lub "The Return") przekracza dopuszczalne granice tolerancji i skłania mózg do parowania uszami. Wierzcie lub nie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Lynch nie zatracił wyczucia do tworzenia surrealistycznych dzieł sztuki. "Twin Peaks" to w zasadzie jedna wielka instalacja artystyczna, złożona z ruchomych obrazów, nieludzkich dźwięków i sporej dawki klimatycznej, dark ambientowej muzyki. Robi wrażenie. Nie można choć raz tego nie spróbować - pokochacie ten serial lub znienawidzicie, ale na pewno nie przejdziecie obojętnie!

I pamiętajcie: sowy nie są tym, czym się wydają!

Wniosek: Doskonały, kultowy serial. Ikona w historii telewizji.


"Lightningface"

"Lightningface"

O czym to jest: Zwykły facet zostaje trafiony piorunem.

oscar isaac

Recenzja filmu:

Uwielbiam Oscara Isaaca. Uwielbiam go tak bardzo, że z wypiekami na twarzy poluję na wszystkie produkcje z jego udziałem, nawet jeśli są to teledyski (polecam w tej kwestii "Trentemøller: Gravity") lub filmy krótkometrażowe. Rok temu miałem okazję obejrzeć rewelacyjną produkcję "Ticky Tacky", a w tym roku - pochodzące od tego samego reżysera - "Lightningface", rzecz jasna ponownie z Oscarem w roli głównej.

To dwudziestominutowa opowieść o w miarę normalnym człowieku, którego trafia piorun. Jednak zamiast pojechać do szpitala lub wezwać pomoc, nasz bohater po wypadku zamyka się w domu, gdzie kontempluje na temat sensu życia i znaczenia tego, co go spotkało. Pomoże mu w tym oszpecona maskotka imieniem Rick, która poprowadzi go do odkrycia "duchowego zwierzęcia" - w tym wypadku goryla - i odnalezienia sensu istnienia. Brzmi psychodelicznie? Nic dziwnego, bo "Lightningface" to poryta do granic możliwości produkcja, której nie powstydziłby się David Lynch. To również filmowy monodram, bo nie licząc epizodycznego dostawcy pizzy, Isaac jest jedynym aktorem, który pokazuje tu twarz (no chyba że akurat udaje Shię LaBeoufa i nosi papierową torbę na głowie).

I tu dochodzimy do głównego powodu, dla którego warto się pochylić nad "Lightningface". Isaac jest aktorem niezwykle plastycznym, z ogromną gamą emocji i ekspresji, jaką jest w stanie z siebie wydobyć. Gdy trzeba gra bardzo oszczędnie ("Inside Llewyn Davis"), ale potrafi też wykrzesać prawdziwy ogień ("Ex Machina"). W tej krótkometrażówce z całą pewnością wytoczył ciężkie działa, ocierające się wręcz o naturalistyczny obraz złamanego człowieka, który powoli traci zmysły. Bardzo interesujące, zwłaszcza dla wytrawnego kinomana. A że trwa tylko 20 minut, to nie zdąży nikogo znudzić.

Wniosek: Ostro psychodeliczne. Ciekawe w formie.


"Blade Runner 2049"

"Blade Runner 2049"

O czym to jest: Android poluje na inne androidy w dystopijnym mieście przyszłości.

łowca androidów 2049 ford gosling leto

Recenzja filmu:

Ze wszystkich sequeli, jakich mógłbym się spodziewać w historii kina, najmniej podejrzewałbym że ktokolwiek wznowi temat "Blade Runnera" po 35 latach! Jakby nie patrzeć, dzieło Ridleya Scotta z 1982 roku było finansową klapą, która stała się filmem kultowym z powodu kulminacji trzech czynników: 1) powalającej scenografii, 2) trafnej wizji problemów XXI wieku, 3) późniejszej sławie Harrisona Forda. Czy to jednak wystarczyło, by przyciągnąć widzów za drugim podejściem, w 2017 roku? Wyniki finansowe mówią, że niestety nie, ale to nie szkodzi. Bowiem "Blade Runner 2049" to prawdziwe filmowe dzieło sztuki.

Po wcześniejszych "Sicario" i "Arrival" nie mam wątpliwości, że Denis Villeneuve wędruje do pierwszej trójki moich ulubionych reżyserów. Co za wizja, co za rozmach! Ten człowiek wie, że kino służy do tego, by olśniewać widza ogromem i bogactwem świata na ekranie, okraszonym na dodatek spektakularną, monumentalną ścieżką dźwiękową. "Blade Runner 2049" nie tylko dorównał porywającej wizji Los Angeles z pierwszego filmu, ale rozszerzył ją znacznie poza oświetlone neonami, deszczowe mury kalifornijskiej metropolii. Znalazło się tu sporo klimatów pustyni, ale nic w tym dziwnego, bo nasza aktualna wiedza na temat zmian klimatu przewiduje niestety pustynnienie wielu połaci lądu. Teoretycznie wyprowadzenie akcji poza mroczne Los Angeles wpłynęło negatywnie na ton filmu, ale przecież gdyby sequel nie wniósłby nic nowego, zarzucono by mu (i słusznie) wtórność. Pierwszy "Blade Runner" był de facto kryminałem z nutką filozoficznej głębi. "Blade Runner 2049" to zaś pełnokrwisty thriller SF, z poważnymi pytaniami o naturę człowieka i istotę duszy. Trochę jak w "Ex Machinie", tyle że z gigantycznym rozmachem i milionami dolarów budżetu.

Scenografowie odrobili pracę domową, bez wątpienia. To jest to samo Los Angeles przyszłości co 35 lat temu (są nawet reklamy Atari i Pan Am!), choć może nieco mniej zatłoczone i mniej azjatyckie. Każdy element filmu został pieczołowicie dopracowany i choćby dla samych obrazów warto wysiedzieć ponad 2,5 godziny przed ekranem. "Blade Runner 2049" to przykład tego, jak powinno się robić sequele, by wszyscy byli zadowoleni. Co istotne, twórcy postawili na rozsądną równowagę między komputerowymi efektami CGI, a sprawdzoną technologią miniatur, które - co wiemy po filmach sprzed pół wieku - nigdy się nie starzeją. Nie zdziwię się, jeśli za trzy dekady widownia będzie z takim samym zachwytem oglądać "Blade Runnera 2049", jak my obecnie pierwszą część.

I na sam koniec słówko o tym co najważniejsze: obsadzie. To jedyny element, do którego mam małe zastrzeżenia (choć naprawdę małe). Harrison Ford spisał się na medal, ale niestety dla widza nie było zbyt wielkiej różnicy między starym Hanem Solo z "Przebudzenia Mocy", a starym Rickiem Deckardem (dla porównania różnica między kreacjami Forda z "Imperium Kontratakuje", "Indiany Jonesa i Poszukiwaczy Zaginionej Arki" oraz pierwszym "Blade Runnerem" była o wiele większa). Może to kwestia charakteryzacji, a może Fordowi już się po prostu nie chce, ale odczuwam tu pewien niedosyt. Ponadto Ryan Gosling, choć zagrał fenomenalnie, po prostu nie pasował mi do roli głównego bohatera w tym filmie. Był zbyt sympatyczny! Gosling jest idealny do produkcji klasy "La La Land", ale w przypadku mrocznego kina noir brakuje mu twardej skorupy. Za to ukłony kieruję w stronę fenomenalnego Jareda Leto w roli oszalałego multibilionera Wallace'a (bliżej kreacji Boga nie dało się już być) oraz młodej i zdolnej Any de Armas jako Joi. W pozostałych rolach znani i lubiani Robin Wright, Dave Bautista (chciałbym go zobaczyć kiedyś jako pierwszoplanowego aktora!) oraz powracający Edward James Olmos. Taka obsada jest warta grzechu!

"Blade Runner 2049" to wizualnie chyba najbardziej spektakularny film roku 2017. Godny następca oryginalnej historii, przy której tegoroczny "Ghost in the Shell" wygląda jak amatorka. Nie mogę się doczekać wydania na Blu-ray!

Wniosek: Wizualnie powalające, głębokie kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Blade Runner"! >>>


"Blade Runner" ("Łowca Androidów")

"Blade Runner" ("Łowca Androidów")

O czym to jest: Detektyw poluje na zbuntowane androidy w dystopijnym mieście przyszłości.


Recenzja filmu:

Tuż przed seansem "Blade Runnera 2049" postanowiłem - co oczywiste - raz jeszcze przypomnieć sobie pierwszą część. Wstyd się przyznać, ale oryginalnego "Blade Runnera" po raz pierwszy obejrzałem dopiero kilka lat temu. Ale dopiero teraz, za drugim seansem, w pełni pojąłem geniusz Ridleya Scotta, który sprawił że budżetowa wtopa z roku 1982 stała się kultowym kawałkiem kina, który nie tylko zainspirował szereg późniejszych dzieł (zaczynając od "Ghost in the Shell", a na "Dreddzie" kończąc), ale też trafnie zdiagnozował wiele współczesnych problemów, takich jak zmiany klimatu, zanieczyszczenie atmosfery, przeludnienie, inżynierię genetyczną czy w końcu ekspansję azjatyckiej kultury.

Na początku lat 80. Harrison Ford był na fali wznoszącej, głównie dzięki roli w "Gwiezdnych Wojnach" oraz "Indianie Jonesie i Poszukiwaczach Zaginionej Arki" z 1981. Nic więc dziwnego, że Ridley Scott (ówcześnie również młody reżyser, ale mający na koncie już jeden hit - "Obcego") zatrudnił go do głównej roli. Jednak nie dajcie się zwieść, bo łowca androidów Rick Deckard nie ma w sobie za grosz szelmowskiego uroku Hana Soli, ani szlachetnego hartu ducha Indiany Jonesa. "Blade Runner" wprost nawiązuje do detektywistycznego kina noir z lat 40., gdzie zgorzkniały detektyw-macho, zanurzony w oparach dymu papierosowego i skąpany w morzu alkoholu, przemierzał mroczne ulice miasta w poszukiwaniu zabójcy. Dokładnie takim filmem jest "Blade Runner", z tą jedną różnicą, że osadzony został w dystopijnej przyszłości wraz z nutką filozoficznych rozważań na temat robotyki. Rzadko kiedy podobny miks udaje się tak dobrze, jak w tym filmie.

Dzięki magii praktycznych efektów specjalnych (modele i miniatury zawsze wygrają z komputerem!) wizja Los Angeles roku 2019 jest wprost olśniewająca. Powolne ujęcia mrocznego, wielopoziomowego miasta, gdzie blichtr nowoczesności miesza się z postapokaliptycznym obrazem dawno opuszczonych sektorów metropolii, dostarczają unikalnego klimatu, od którego trudno się oderwać. Oczywiście dystopijna przyszłość "Blade Runnera" nie jest niczym oryginalnym (wystarczy wspomnieć chociażby nakręconą rok wcześniej "Ucieczkę z Nowego Jorku"), ale podana w takiej formie dostarcza wręcz narkotycznej frajdy z seansu. Detektywistyczna fabuła, w której detektyw Deckard musi złowić grupkę zbuntowanych androidów (zwanych replikantami), uzupełniana jest przez głębokie rozważania na temat strachu przed śmiercią. Replikanci, podobnie jak Deckard, nie chcą umierać, a ponadto nie zgadzają się na życie niewolników w służbie ludzkości. To dość istotny wątek, bo również współcześnie możemy obserwować, jak bogate kraje (chociażby w rejonie Zatoki Perskiej) budują wspaniałe miasta i inwestycje na grzbietach ekonomicznych niewolników z ubogich krajów Azji i Afryki. Co jednak, gdy niewolnicy się zbuntują? Czy rzeczywiście to oni będą złymi w tej opowieści?

Nie sposób pisać o "Blade Runnerze" bez wspomnienia - prawdopodobnie najlepszej w karierze - roli Rutgera Hauera jako Roya, niezłomnego i okrutnego przywódcy replikantów, którego finalny (i improwizowany!) monolog jest jedną z najbardziej poruszających scen w historii kina. Oko wprawnego miłośnika SF zwróci też mała rola Edwarda Jamesa Olmosa, późniejszego Admirała Adamy z "Battlestar Galactica", któremu również przypadł zaszczyt wypowiedzenia jednego z najsłynniejszych zdań w historii srebrnego ekranu. Kolejnym ważnym elementem, o jakim muszę wspomnieć, jest psychodeliczna i nostalgiczna muzyka Vangelisa, dzięki której widz płynie przez film, unoszony przez skrzydła wyobraźni.

Mój podziw do "Blade Runnera" i geniuszu tego filmu jest przeogromny. To bez wątpienia kultowy obraz. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nakręcona trzydzieści lat później kontynuacja - "Blade Runner 2049", będzie mu w stanie dorównać.

Wniosek: Wizualnie olśniewające i na wskroś kultowe kino.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Blade Runner"! >>>


"Table 19"

"Table 19"

O czym to jest: Grupa nieznajomych spotyka się przy weselnym stoliku dla niechcianych.

stolik 19 recenzja film kendrick kudrow

Recenzja filmu:

Tegoroczny sezon weselny możemy już chyba uznać za zakończony. To zatem doskonała okazja, by pochylić się nieco nad problemem ślubnej logistyki, a konkretnie listy oraz rozmieszczenia gości. Osobiście byłem na kilkunastu weselach (wliczając własne) i poza jednym wesołym przypadkiem, gdzie nie było przydzielonych miejsc dla gości - których, dodajmy, było na tym weselu prawie trzysta - zawsze czekała na mnie winietka z moim nazwiskiem. Czasem miejsce w którym mnie posadzono było dość niefortunne, a czasem wręcz przeciwnie - udało się w ten sposób nawiązać znajomości, które trwają do dziś.

W Polsce z naszą tradycją podłużnych ław problem jest i tak mniejszy niż w amerykańskim zwyczaju okrągłych stolików. O tym opowiada film "Table 19". Główna bohaterka filmu zostaje "wygnana" do ostatniego stolika nr 19, przy którym posadzono wszelkiego rodzaju odrzuty, jakie zabłąkały się na liście gości. Często zdarza się, że wśród weselników znajdzie się jakiś kuzyn, wujek, sąsiadka czy kolega z pracy, którego trzeba było zaprosić, ale gdyby odmówił, to nikt by się nie zmartwił. Taki też jest skład tytułowego Stolika nr 19: eks-niania Pana Młodego, kuzyn na przepustce z więzienia, jacyś znajomi rodziców oraz młody syn innej pary znajomych. No i oczywiście Anna Kendrick w roli głównej bohaterki Eloise - pozbawiona tytułu druhny eks-dziewczyna świadka, a jednocześnie brata Pana Młodego. Już po pierwszym kwadransie nasi bohaterowie zorientują się, że przychodząc na tą uroczystość stracili tylko czas, a Państwo Młodzi są im zupełnie obojętni. I co wtedy?

Jak można się domyślać, "Table 19" to w zasadzie komedia romantyczna z lekką nutką dramatu. Nie jest to film bardzo głęboki, na dodatek pełen klisz (posiada chociażby ograną w setkach filmów scenę dramatycznego wyznawania miłości w ostatniej możliwej chwili), ale jest w nim pewien urok. Być może to zasługa Anny Kendrick, a może tego, że twórcy nie próbowali udawać, że ich dzieło jest czymś więcej niż prostym kobiecym kinem. A nawet tak lubujący się w akcji widz jak ja odnalazł w "Table 19" sporo relaksującej frajdy. To kino w sam raz na wieczór we dwoje, z kilkoma cennymi (choć mało oryginalnymi) przemyśleniami na temat życia i związków. Obejrzeć, dobrze się bawić, zapomnieć.

Wniosek: Całkiem relaksująca obyczajówka. Ale bez fajerwerków.


Copyright © Jest Kultowo! , Blogger