"Free State of Jones" ("Rebeliant")

"Free State of Jones" ("Rebeliant")

O czym to jest: Dezerter z armii Konfederacji wznieca powstanie przeciwko bogaczom.

rebeliant film recenzja matthew mcconaughey

Recenzja filmu:

Nie lubię, gdy dystrybutorzy decydują za mnie, jaki film mam obejrzeć w kinie. Nawet gdy okazuje się, że dana produkcja nie jest najwyższych lotów, to chciałbym się sam o tym przekonać! Zwłaszcza że chłamu i tak nie brakuje… „Free State of Jones” to jedna z premier 2016 roku, która nie dotarła na nasze ekrany. Trochę to dziwne, skoro w głównej roli pojawił się tu - kasowy przecież - Matthew McConaughey. Ale cóż, w końcu niezbadane są płycizny umysłów polskich dystrybutorów... 

Posłuchajcie historii o Newtonie Knightcie, bo warto ją znać. Newton walczył jako żołnierz w Wojnie Secesyjnej po stronie Konfederacji. W pewnym momencie, mając dość podłych warunków, niesprawiedliwości wyłączającej synów bogaczy ze służby na froncie, a także rekwirowania prywatnego dobytku na użytek wojska, postanowił zdezerterować. Razem z sąsiadami postawił się tyranii wielkich właścicieli ziemskich, wzniecając autentyczne powstanie, zakończone de facto secesją hrabstwa Jones. Przez kilka lat Knight walczył z latyfundystami, chronił biednych i wyzwalał niewolników, których uważał za takich samych obywateli, jak białych sąsiadów. Doszło nawet do tego, że Knight rozwiódł się ze swoją żoną, po czym ożenił z Afroamerykanką imieniem Rachel, a następnie jego dzieci z pierwszego małżeństwa pożeniły się z dziećmi Rachel. Niesamowita historia, prawda? I zdecydowanie warta dobrego, pełnego akcji i sprawnie nakręconego filmu. Dlatego też bardzo mi przykro, że „Free State of Jones” nie spełnia tych kryteriów. 

Zacznijmy od tego, że to nudny i zdecydowanie za długi film, pozbawiony tempa i dramaturgii (co wydaje się być szokiem przy tak dobrym materiale źródłowym). Większość ujęć przedstawia Knighta w różnych pozach: w domu, na bagnach, w sklepie, z karabinem i bez. Aktorsko jest wprawdzie nieźle (McConaughey to solidna firma), ale to za mało, by porwać widza w rytm przygody. Gdybym to ja kręcił ten film, skupiłbym się wyłącznie na wątku Wojny Secesyjnej, dezercji oraz rebelii Knighta, zakończonej kapitulacją Konfederacji i wkroczeniem wojsk Unii do hrabstwa Jones. Niestety reżyser postanowił przeciągnąć fabułę na kolejne lata po wojnie, co całkowicie zabiło tempo. Wyszła z tego ewolucja kina akcji w średnio udany dramat. Jeśli twórcy chcieli pokazać ciężki los niewolników i zrobić z „Free State of Jones” drugie „12 Years a Slave”, to nie bardzo im to wyszło. Cóż za zmarnowanie potencjału na dobre, historyczne kino akcji! 

Ale to nie to jest najgorsze w tym filmie. Z niezrozumiałych powodów XIX-wieczną fabułę przeplatano z losami potomka Knighta, sądzonego w latach 60. za swoją przynależność rasową. Wyglądało to mniej więcej tak: akcja, akcja, akcja - skok na salę sądową do lat 60. - znowu akcja. Absurd! Jeszcze gdyby cały film był nakręcony w formie flashbacka i rozpoczął się na sali sądowej, to bym to przełknął. Ale ten motyw pojawia się nieoczekiwanie dopiero w połowie filmu, przez co wprowadza jedynie zamieszanie i chaos w scenariuszu! Niestety nie ze wszystkiego da się zrobić ambitną produkcję wartą worka nagród. Czasem by osiągnąć sukces wystarczy po prostu nie kombinować i trzymać się klarownej, wydeptanej ścieżki. Kto drogi prostuje, ten w polu nocuje! 

Technicznie „Free State of Jones” jest poprawne pod względem realiów czasów Wojny Secesyjnej, aczkolwiek nie porywa. Najlepsze produkcje tworzą iluzję rzeczywistości i nie dają się odróżnić od filmów dokumentalnych. Tym razem, niestety, tak nie było. Zabrakło magii, dobrego scenariusza i sprawnego reżysera. Szkoda.

Wniosek: Ta historia zasługiwała na o WIELE lepszy film!


"La La Land"

"La La Land"

O czym to jest: Historia miłości początkującej aktorki i niespełnionego pianisty jazzowego.

la la land musical film recenzja ryan gosling emma stone

Recenzja filmu:

Naprawdę lubię musicale. Tylko jakoś tak się składa, że akurat nie te, które ubóstwiają wszyscy. Takie na przykład "Chicago". Sześć Oscarów, wielki sukces kasowy, a jak dla mnie tylko jeden numer godny uwagi i tragiczna Renée Zellweger. Albo "Les Misérables". Muzyczna katorga dla uszu, a mimo to film ma setki psychofanów, którzy dadzą się pociąć za beczące libretto Russella Crowe'a. Podobnie mam z "La La Land". To dobry, ciekawy i fajnie zagrany film. Ale czy arcydzieło warte całej torby Złotych Globów i (prawdopodobnie) Oscarów? Mam wątpliwości.

Zacznę od najważniejszego, czyli muzyki (bo przecież po to oglądamy musicale!). Jest poprawna. Choć główny motyw City of Stars wchodzi do uszu i zachęca do nucenia, to jego wykonanie pozostawia naprawdę sporo do życzenia. Ryan Gosling, mimo niewątpliwego uroku i wrodzonego talentu komediowego, nie za bardzo umie śpiewać (wprawdzie nie fałszuje, ale ma tak wąską skalę głosu, że niewiele da się z niego ukręcić). Z Emmą Stone jest nieco lepiej, aczkolwiek też bez fajerwerków. W ogóle mam wrażenie, że w tym filmie dopracowano wszystko na ostatni guzik... z wyjątkiem ścieżki dźwiękowej. Choreografia, kostiumy, scenariusz, fabuła - wszystko tip top, a taneczny numer otwarcia to istna rewelacja. Ale brakowało mi w tym wszystkim muzycznego narkotyku, uzależniającego od pierwszej nuty. To wciąż nie jest, niestety, poziom "Moulin Rouge!" (aczkolwiek przyznaję, że tam oszukiwali, bo zamiast oryginalnej muzyki mieli covery).

"La La Land" od pierwszego do ostatniego ujęcia jest hołdem dla złotej ery Hollywood i musicali lat 50. (swoją drogą to samo zrobili niedawno twórcy "Hail, Caesar!"). Początkująca aktorka Mia spotyka niespełnionego pianistę Sebastiana. Obydwoje szukają szczęścia w Mieście Aniołów, chcąc podążać za własnymi pasjami i marzeniami. Czy odnajdą przy tym miłość? Czy ramię w ramię będą zmierzać do sukcesu, a może każde z nich będzie ciągnąć w swoją stronę? "La La Land" to de facto najprostszy na świecie film romantyczny, z określonymi dla tego gatunku schematami i kliszami. Ale na szczęście jest zrobiony tak dobrze, że wygląda na autentyczną kalkę z życia (kalifornijskiego, rzecz jasna). Zresztą nie ma co się dziwić - od twórcy "Whiplasha" nie spodziewaliśmy się niczego innego.

Nie lubię filmów o filmach, a do tego nurtu kwalifikuje się "La La Land". Za to takie produkcje są ubóstwiane w Hollywood, stąd pewnie deszcz nagród i nominacji. Niemniej jeśli w tym roku Oscara dostanie duet Gosling/Stone, będę głęboko niezadowolony. Nie dajmy się zwariować - to nie było aż tak dobre. Ale oglądało się przyjemnie.

Wniosek: Dobry film, ale nie tak dobry, jak wszyscy mówią.


Filmowe podsumowanie roku 2016

Filmowe podsumowanie roku 2016

Miałem się zabrać za to podsumowanie już trzy tygodnie temu, ale zawsze coś wypadało - a to inne obowiązki, a to choroba, a to znowu jakaś inna nieobecność. Ale nie ma co przedłużać, miejmy to z głowy! Co by nie mówić, rok 2016 był całkiem udanym rocznikiem w naszych kinach. Było wprawdzie kilka wpadek, ale zdecydowanie więcej trafiło się dobrych produkcji. W 2016 roku byliśmy w kinie na 53 unikalnych filmach, czyli znowu pobiliśmy rekord! Ciężko będzie temu dorównać w 2017, ale kto wie, może się uda!

W tym podsumowaniu ponownie zmieniamy koncepcję rankingu - przedstawimy Wam (naszym zdaniem) 5 najlepszych i 5 najgorszych produkcji, a pozostałe zakwalifikujemy do trzech kategorii: warto, nie warto lub wszystko jedno. Ale jak zwykle ostateczną decyzję pozostawiamy Wam jako widzom i zachęcamy, byście wyrobili sobie własne zdanie.


NAJLEPSZE FILMY 2016:


Cały czas mam w głowie tę psychodeliczną opowieść z Colinem Farrellem i Rachel Weisz w rolach głównych. Mało tego, nadal pamiętam niektóre cytaty i większość scen, a to nie zdarza mi się często po zaledwie jednym seansie. Przerażająca w swej grotesce historia o rzeczywistości, w której single zostają zamieniani w zwierzęta, jest wyjątkowo udaną metaforą współczesnych relacji międzyludzkich w zachodnim świecie. Punktuje bezbłędnie. A lobster is an excellent choice.


Jak miło było wciągnąć na tą listę polską produkcję! Myślę że trafiłaby tu również, gdybym nie znał wcześniej historii rodziny Beksińskich, przypominającej bardziej grecką tragedię niż rzeczywistość. Ojciec, matka i syn złączeni w dysfunkcyjnym triumwiracie - serdecznie się nienawidzą, ale zarazem nie mogą bez siebie żyć. Tak jak wspomniany wyżej "The Lobster" przeprowadził psychoanalizę życia uczuciowego, tak "Ostatnia Rodzina" robi to z życiem rodzinnym. Jeszcze długo będzie to aktualny film.


Jak już kiedyś wspominałem, niełatwo mnie wzruszyć w kinie. Ale jest coś takiego w tym filmie, co porusza moją najwrażliwszą strunę. Historia ojca, który zrobi wszystko, by uratować syna obdarzonego supermocami, jest nakręcona doskonale. Umiejętne połączenie efektów specjalnych ze znakomitą obsadą i scenariuszem stworzyło perfekcyjny thriller SF. Jednych przerazi, innych wzruszy, ale mało kogo pozostawi obojętnym. To zawsze będzie jeden z moich ulubionych filmów w historii kina.


Macie szczęście, bo ten wybitny dramat właśnie trafił do szerokiej dystrybucji. Zatem kupujcie bilet i marsz do najbliższego kina! Powinniście go zobaczyć nie tylko ze względu na doskonałą grę aktorską Casey'ego Afflecka, ale przede wszystkim z powodu scenariusza. "Manchester by the Sea" jest tak blisko rzeczywistości, jak tylko film może się znaleźć. Ogląda się go jak dokument, co tym bardziej porusza widza. Ostrzegamy, seans potrafi zdewastować psychicznie co bardziej wrażliwych odbiorców.


Zdaję sobie sprawę, że produkcja z uniwersum "Star Wars" w tym zestawieniu może wyglądać niewiarygodnie. Ale fakty są takie, że "Rogue One" to po prostu dobry film. Twórcy odwalili kawał dobrej roboty. To nie tylko znakomita przygoda w kosmosie z najlepszymi możliwymi efektami specjalnymi i scenografią, ale po prostu solidna opowieść o honorze, poświęceniu, przyjaźni i odwadze. Dobre i jako space opera, i jako film wojenny. Dla widza w każdym wieku. Uniwersalne, tak jak 40 lat temu pierwszy z filmów z tej serii.






NAJGORSZE FILMY 2016:


Po co komu ten film? Kręcić sequel bajki o Królewnie Śnieżce? Jeśli to nie jest ordynarne odcinanie kuponów i skok na kasę, to chyba nic nim nie jest. Nakręcone tragicznie, pozbawione tempa, dramaturgii, nieśmieszne i zwyczajnie nudne. Zmarnowanie czasu twórców, aktorów i widzów. Film śmieć, absolutnie nikomu niepotrzebny.


Jako przygodówka nie było to takie złe. Głupawe, owszem, ale nie tragiczne. Dlaczego więc trafiło do tego zestawienia? Tu również chodzi o zmarnowanie potencjału i czasu widza. Jeśli ktoś sięga po tak wyeksploatowany temat jak Tarzan, lepiej żeby miał w nim coś do powiedzenia. Niestety ten film nie był w żaden sposób oryginalny, twórczy ani zajmujący. Nie pamięta się o nim na drugi dzień po seansie. A co najgorsze dobitnie pokazał, że Margot Robbie prócz atrakcyjnej aparycji nie ma zbyt dużo do zaoferowania.


Bezkonkurencyjnie najnudniejszy i najgłupszy film 2016 roku, jedyny który powoduje, że jestem naprawdę zły. Nawet nie chodzi o historię jako taką, ale o zarżnięcie świetnego nowego kierunku, wyznaczonego przez "Dziedzictwo Bourne'a". Najbardziej na świecie nienawidzę zmarnowanego potencjału. A tu mieliśmy do czynienia wyłącznie z marnotrawstwem, i na domiar złego głupim. Wstyd dla Matta Damona, wstyd dla twórców. Ten film nie powinien był powstać.


A propos zmarnowanego potencjału. Właśnie zdałem sobie sprawę, że zarówno "Jason Bourne" jak i ten film podpadają pod tzw. "klątwę piątej części". Piąta część jest zawsze najgorsza! Zawsze!! Czasem jest tak zła, że nie pozwala na nakręcenie finalnej szóstej, która ostatecznie zamknie rozgrzebane wątki. Uniwersum "Underworlda" zasługiwało na coś lepszego niż debilną opowiastkę o białych wampirach mieszkających na biegunie, który wolny czas spędzają w kokonach, kontemplując inne wymiary. Żeby chociaż jakaś dobra akcja tu była... Ale po co. Tfu, won mi z tym filmem!


A na sam koniec dostanie się twórcom z wyższej półki. Robert Zemeckis to człowiek, który nakręcił "Forresta Gumpa", więc stawiamy przed nim wysokie wymagania. Brad Pitt jest najpopularniejszym aktorem świata, a Marion Cottilard uważa się za wyjątkowo zdolną artystkę. Plus do tego realia II wojny światowej, które naprawdę trudno popsuć. A jednak. Ten film jest nudny, płaski i po prostu nieudany. I właśnie dlatego znalazł się w tym zestawieniu. To tak jakbyście poszli na Broadway i zobaczyli występ szkolnego teatrzyku. Nie za to zapłaciliście!






POZOSTAŁE FILMY WARTE OBEJRZENIA:

POZOSTAŁE FILMY, KTÓRE MOŻNA OBEJRZEĆ JEŚLI NIE MACIE NIC LEPSZEGO DO ROBOTY:

POZOSTAŁE FILMY, KTÓRE SĄ STRATĄ CZASU:

Tyle z naszej strony, kolejne podsumowanie za rok! Zapraszamy oczywiście do komentowania i dzielenia się Waszymi opiniami!

"Assassin's Creed"

"Assassin's Creed"

O czym to jest: Templariusze walczą z Asasynami o kontrolę nad ludzkimi duszami.

assassin's creed film fassbender recenzja

Recenzja filmu:

Jest jakiś problem z ekranizacjami gier komputerowych. Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj wychodzi z nich potworna kaszanka, choć materiał źródłowy teoretycznie jest wręcz idealny do przeniesienia na ekran (nie mówiąc już o tym, że współczesne animacje czy cutscenki w grach w niczym nie ustępują pełnometrażowym filmom). Ten smutny los spotkał ostatnio chociażby „Warcrafta”, a jeszcze wcześniej tragicznego „Maxa Payne’a” (co boli mnie tym bardziej, że to moja ulubiona gra). W „Assassin’s Creed” jeszcze nie grałem, ale dość dobrze się orientuję w uniwersum wspomnianej gry i jej potencjale. Tym bardziej byłem ciekaw, co zobaczę na ekranie. 

Opinie widzów zmieniły się od stanu euforii (przed premierą) do ostrego hejtu (po premierze). Odnoszę wrażenie, że sporo osób (głównie graczy) miało swoje oczekiwania, a w takim przypadku nigdy nie ma szans, by film wszystkich zadowolił. Spróbujmy zatem spojrzeć w miarę obiektywnie i rozstrzygnąć, czy jest to produkcja dobra sama w sobie. Odpowiedź brzmi - i tak, i nie. Na pewno jest wizualnie intrygująca (w końcu wyszła spod ręki twórcy „Makbeta”) i okraszona świetną ścieżką dźwiękową. I to tyle... Zasłużona krytyka spadła na nielogiczny scenariusz, brak tempa i mało porywającą fabułę. Odnosiłem wrażenie, że „Assassin’s Creed” był jednym długim wstępem, który nigdy nie rozwinął się w pełnoprawny film. To wrażenie potęguje fakt, że praktycznie żaden wątek nie został dokończony, a twórcy zostawili wszystko co dobre na ewentualny sequel. Przecież tak już się nie kręci filmów! Każda rozrywkowa produkcja powinna być zamkniętą całością z ewentualną furtką na kontynuacje. Ale w tym wypadku to nie tyle furtka, co gigantyczna brama z czerwonym dywanem! Tylko że chyba widzowie nie chcą przez nią przejść… 

A propos nielogicznego scenariusza. Zwykły widz właściwie nie miał prawa ogarnąć, o co chodzi w tym filmie. Jedyne co dało się wyciągnąć, to że źli Templariusze walczyli z dobrymi Asasynami. Ale po co? Jako miłośnik historii znam fakty i legendy o Nizarytach (czyli Asasynach właśnie), ich religii, ideologii czy chociażby mitycznym Starcu z Gór. Niestety twórcy ze wszystkich sił starali się ukryć fakt, że konflikt Templariusze/Asasyni zaistniał jako pokłosie wypraw krzyżowych na podłożu chrześcijaństwo vs. islam. A to błąd, bo bez tej wiedzy fabuła nie ma sensu! Przyznaję wprawdzie, że sama koncepcja walki o Jabłko Edenu, dające władzę nad ludzkimi umysłami, była dość intrygująca (zwłaszcza, że dano nam do zrozumienia, że Jabłko mogło pochodzić od kosmitów), ale my jako widzowie dalej nie wiemy, czemu Asasyni tak bardzo bronili Jabłka, co Templariusze tak naprawdę chcieli z nim zrobić, a także czym było wymieniane wielokrotnie Kredo Asasynów. Tak dużo pytań bez odpowiedzi, postaci bez charyzmy i efektów specjalnych bez sensu. Naprawdę można to było zrobić lepiej. 

A teraz o aktorach. Michael Fassbender jest przereklamowany. Serio. Przyznaję, że wygląda jak milion dolarów i pięknie płacze na ekranie. Ale to za mało, by z automatu uznać go za dobrego aktora! Ostatnimi laty jest na tyle popularny, że można go spotkać w kinie co najmniej kilka razy w roku. „Makbet”, „Slow West”, „X-Men: Apocalypse” – to tylko kilka przykładów z ostatniego czasu. Niestety w „Assassin’s Creed” wyszły na wierzch wszystkie jego bolączki, w tym brak werwy (czasem pasujący do roli, ale niestety nie w tym przypadku) i paskudny niemiecki akcent w kwestiach dialogowych zarówno po angielsku, jak i hiszpańsku. W pewien sposób Fassbender przypomina mi Toma Hiddlestona – on też zajmuje się głównie wyglądaniem, a nie graniem. Niestety również Marion Cotillard wypadła znacznie poniżej oczekiwań. Odnoszę wrażenie, że ta utalentowana aktorka ostatnio marnuje swój potencjał w kiepskich produkcjach, czego dowodem jest chociażby „Allied”. Co interesujące, Fassbender i Cotillard znów pojawili się tu w duecie, zupełnie jak rok temu we wspomnianym już „Makbecie”. Ale tam poszło im zdecydowanie lepiej, a przecież reżyser był ten sam. Może więc winą za wpadki w „Assassin’s Creed” należy obciążyć producentów i scenarzystów, a nie aktorów? Dobrze, że chociaż był Jeremy Irons, on przynajmniej nigdy nie zawodzi! 

Nie nazwałbym „Assassin’s Creed” filmem złym, ale też niekoniecznie bym go polecił. Może jeśli bardzo lubicie Fassbendera, masońskie teorie spiskowe albo mariaż SF z epoką mieczy i toporów, to będziecie zachwyceni. A pozostali widzowie, obawiam się, odniosą wrażenie zmarnowanego czasu.

Wniosek: Wizualnie imponujące, fabularnie kulawe.


"The F Word" ("Słowo na M")

"The F Word" ("Słowo na M")

O czym to jest: Opowieść o tym, czy może istnieć przyjaźń męsko-damska bez miłości w tle.

what if słowo na m film recenzja daniel radcliffe adam driver

Recenzja filmu:

Dobra komedia romantyczna nie jest zła. Pewnie sporo osób się dziwi, jak to możliwe że piszący te słowa fan krwawych nawalanek z kosmitami/nazistami/zombie (niepotrzebne skreślić) lubi romansidła. Odpowiedź jest prosta: nie ma złych gatunków filmowych, są tylko złe filmy. A akurat "The F Word", znany również jako "What If", jest filmem całkiem w porządku.

Na pewno spodoba się zarówno fanom gatunku, jak i też fanom Daniela Radcliffe'a, czyli Harry'ego Pottera rzecz jasna. Ale to nie dla niego sięgnąłem do tej produkcji (choć przyznaję, zaintrygował mnie odkąd obejrzałem "Swiss Army Man"). Zrobiłem to dla Adama Drivera, grającego tu drugoplanową, ale fajną rolę obleśnego współlokatora. Driver to nowa gwiazda Hollywood, mówię wam! "Patersona" widzieli? Jak nie, to marsz do kina, powinni to jeszcze grać!

Ale do meritum. "The F Word" opowiada historię życiowej sieroty (w tej roli Radcliffe), czyli "wiecznego studenta" ze złamanym sercem, który poznaje dziewczynę swoich marzeń. Problem w tym, że ta ma chłopaka, więc Radcliffe w trybie natychmiastowym ląduje w tzw. "friendzone". Czy zdoła się stamtąd wydostać? Sprawę nieco ułatwia fakt, że chłopak jego nie-dziewczyny wybywa za ocean... Czy będzie happy end? No i w sumie tylko o to chodzi w tym filmie. Swoją drogą to dość niezła ilustracja problemu wielu mężczyzn, którzy dawno temu zakochali się w swoich przyjaciółkach. To tak zwane problemy pierwszego świata. I to na dodatek białego świata, bo tak jakoś się złożyło, że "The F Word" - choć dzieje się w multirasowym Toronto - na ekranie pokazuje wyłącznie białych, młodych ludzi. Ups, wpadka!

To fajna rozrywka na wieczór, z niezłymi kreacjami aktorskimi, ale raczej na telewizyjnym, a nie kinowym poziomie. Dobre do obejrzenia w odpowiednim nastroju. Nadaje się na domową nie-randkę z przyjaciółką/przyjacielem, w której/którym wcale nie jesteście zakochani... Wiecie co mam na myśli, prawda...?

Wniosek: Całkiem przyjemne romansidło. Proste i nieskomplikowane.


"The Theory of Everything" ("Teoria Wszystkiego")

"The Theory of Everything" ("Teoria Wszystkiego")

O czym to jest: Historia życia wybitnego fizyka, Stephena Hawkinga.

teoria wszystkiego film recenzja hawking redmayne jones

Recenzja filmu:

Przeglądania filmografii gwiazd "Rogue One" ciąg dalszy! Teraz padło na Felicity Jones, dzięki której w końcu nadrobiłem obsypaną nagrodami "Teorię Wszystkiego". Każdy kto choć trochę interesuje się popkulturą, kojarzy zapewne Stephena Hawkinga, wielkiego fizyka i popularyzatora nauki, charakterystycznego ze względu na trwającą od dekad chorobę stwardnienia zanikowego bocznego (ALS), która przykuła go do wózka, pozbawiając m.in. zdolności mowy. Hawking porozumiewa się ze światem za pomocą syntezatora głosu, który stał się nieodłączną częścią jego osobowości. Mimo tych oczywistych niepełnosprawności Hawking do dziś aktywnie uczestniczy w świecie nauki i popkultury, pisząc, wykładając i okazjonalnie grając chociażby w takich serialach jak "The Big Bang Theory". Szacunek!

Trochę się rozpisałem we wstępie, ale Hawking jest na tyle barwną postacią, że można by o nim opowiadać godzinami. Zachorował na ALS w 1963 roku, gdy miał 21 lat. Prognozowano mu dwa lata życia, ale Hawking jakby na złość wszystkim postanowił się nie poddawać. Nic więc dziwnego, że zasłużył tym samym na wielki film biograficzny, w którym równorzędną rolę gra jego żona Jane (w tej roli Felicity Jones). Twórcom "Teorii Wszystkiego" udało się nakręcić film prawdziwy, poruszający ważne tematy, a także zadziwiająco pogodny i optymistyczny jak na tak ponurą tematykę. Może wynika to z tego, że sam Hawking jest optymistą, a może po prostu trafiło na świetnych aktorów. Felicity Jones bardzo dobrze poradziła sobie z rolą młodziutkiej, konserwatywnej Angielki, która musi wziąć na swoje barki opiekę nad ciężko chorym mężem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jednak pierwsze skrzypce, co zrozumiałe, gra Eddie Redmayne w roli Hawkinga, dla którego ta rola stała się trampoliną do kariery. Redmayne zagrał tak przekonująco, że jesteśmy w stanie uwierzyć w każdej chwili, że sam cierpi na ALS, bo to przecież niemożliwe, by w pełni zdrowy aktor zmusił swoje ciało do takich gestów i ruchów. A jednak! Brawo, brawo i jeszcze raz brawo!

Niestety nie mogę zdradzić wam za dużo fabuły, bo chciałbym abyście sami czerpali radość z obejrzenia tego filmu. To oczywiście standardowa obyczajówka z nutką dramaturgii, pozbawiona akcji czy efektów specjalnych. Ale to nie gatunek świadczy o tym, czy film jest dobry, ale jego wykonanie. A tutaj nie ma się do czego przyczepić. Warto znać, szczególnie jeśli nazwisko Hawking wam coś mówi. Albo gdy nie mówi nic. Tak czy siak będziecie zadowoleni.

Wniosek: Niezły film. Bardzo dobrze zagrany i nakręcony.


Karta Cinema City Unlimited za połowę ceny!

Karta Cinema City Unlimited za połowę ceny!

W tym roku będziemy na Jest Kultowo informować o wszelkich promocjach, przecenach i okazjach dotyczących świata kina. Jak pewnie sami wiecie, chodzenie do kina, kupowanie filmów czy gadżetów, potrafi nieźle szarpnąć po kieszeni, więc po co przepłacać, prawda? 


Zaczynamy od promocji na kartę Cinema City Unlimited, organizowanej przez BZ WBK. Dzięki niej możecie oglądać filmy bez limitu w kinie (kiedy chcecie i ile chcecie) za nawet 21 zł miesięcznie! Wystarczy otrzymać kartę kredytową BZ WBK, płacić nią za abonament i dokonywać minimum 3 operacji miesięcznie. Jak to zrobić?

1) Wchodzicie na formularz wniosku kontaktowego o kartę kredytową W TYM MIEJSCU.
2) Podajecie na formularzu imię i nazwisko, numer telefonu oraz zaznaczacie zgodę na przetwarzanie danych kredytowych (to ważne!).
3) Zadzwoni do Was infolinia Banku, a Wy w rozmowie potwierdzacie zainteresowanie kartą kredytową oraz swoje dane.
4) Jeśli wszystko przebiegnie poprawnie, otrzymujecie kartę kredytową.
5) Co miesiąc płacicie otrzymaną kartą za abonament Cinema City Unlimited (transakcja powtarzalna) oraz dokonujecie min. 3 transakcji bezgotówkowych (a jeśli dokonacie min. 5 transakcji, sama karta kredytowa pozostanie darmowa).
6) Po każdym pełnym miesiącu Bank zwraca na rachunek karty do połowy wartości opłaconego abonamentu (nie więcej, niż 25 zł miesięcznie). 
7) Czas na złożenie wniosku macie do 30.06.2017 r. Zwrot dokonywany jest przez 12 miesięcy od momentu pierwszej opłaty abonamentu, maksymalnie do 31.07.2018 r.

Wszystko jasne? Co istotne, z promocji wyłączone są osoby, które korzystały z niej w przeszłości. Zachęcam każdego z Was do wysłania wniosku o kartę kredytową, nawet jeśli ostatecznie z niej zrezygnujecie - przynajmniej poznacie warunki, a to nic nie kosztuje. Pamiętajcie, że karta Cinema City Unlimited kosztuje miesięcznie od 42 do 49 zł (w zależności od miasta), czyli maksymalnie możecie rocznie zyskać od 252 do 294 zł! A to już co najmniej kilka świetnych filmów na Blu-ray!

Jeśli chcecie wiedzieć więcej, Regulamin promocji dostępny jest TUTAJ

Powodzenia!
"Ip Man"

"Ip Man"

O czym to jest: Prawdziwa historia chińskiego mistrza kung fu, Ip Mana.

ip man film recenzja donnie yen

Recenzja filmu:

Trafiłem na ten film po raz pierwszy lata temu w telewizji, zupełnie przypadkiem. Obejrzawszy zaledwie kwadrans gdzieś ze środka od razu byłem pewien, że to dobre kino. Nie jestem jakimś wielkim fanem produkcji kung fu, ale "Ip Man" ma w sobie coś magicznego. Tym bardziej, że to prawdziwa historia!

Ip Man (albo też Yip Man, zależy od pisowni) był chińskim mistrzem wushu, urodzonym pod koniec XIX wieku. Stworzył styl walki znany jako Wing Chun, który możecie obecnie obserwować w większości amerykańskich czy chińskich filmów o tematyce kung fu. Burzliwie życie Ip Mana postawiło go najpierw naprzeciw cesarskiej Japonii, a następnie komunistycznych Chin, by w końcu zaprowadzić do Hong Kongu. Ip Man był mistrzem i nauczycielem legendarnego Bruce'a Lee, powszechnie uważanego za najlepszego aktora kung fu w historii kina. Nic więc dziwnego, że w końcu sam wielki mistrz doczekał się filmu, a w zasadzie całej trylogii o swoim życiu (a to ponoć jeszcze nie koniec).

"Ip Man" okazał się trampoliną do międzynarodowej kariery Donniego Yena, bardzo sympatycznego aktora z Hong Kongu, i zaprowadził go nawet do obsady "Rogue One", gdzie również zagrał wielkiego wojownika. Pierwsza część "Ip Mana" opowiada o czasach zmierzchu Republiki Chińskiej, a także inwazji Japonii w 1937 roku i jej konsekwencjach dla ludności Chin. Akcja dzieje się w w mieście Foshan, a widzowie mają okazję obserwować, jak to niegdyś kwitnące centrum kultury i szkół walki zmieniło się w ponure, podbite przez Japończyków siedlisko nędzy i rozpaczy. W tym piekle wojny tylko Ip Man zachował stoicki spokój i ani razu nie zdradził swoich ideałów. Donnie Yen wykonał kawał dobrej roboty, wiarygodnie ilustrując tytułowego bohatera jako ostatniego przedstawiciela kasty wielkich mistrzów kung fu. Aż oczu nie można oderwać!

"Ip Man" spodoba się zarówno fanom filmów kung fu, jak i produkcji wojennych oraz kostiumowych. Mimo że finał filmu miał miejsce w przededniu II wojny światowej, z powodzeniem można go doliczyć do nurtu produkcji o tej tematyce. Warto wiedzieć, co takiego Japończycy robili z Chińczykami w tych strasznych czasach i jak to się dzieje, że ludzka siła ducha zawsze pozwala przetrwać nawet najgorsze piekło. Polecam.

Wniosek: Niezłe zarówno jak na film kung fu, jak i film historyczny.


<<< Sprawdź kolejność oglądania serii "Ip Man"! >>>


12 filmów na 2017 rok

12 filmów na 2017 rok

Zanim przejdziemy do kinowego podsumowania roku 2016 (a jest co wspominać!), kilka słów na temat najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier 2017. Oczywiście nie jest to lista ostateczna, zresztą trudno, żeby była, skoro o tylu nadchodzących filmach wciąż nie wiem! Ale się dowiem, a tym samym dowiecie się i wy. Lista zawiera 12 filmów rozpisanych na 12 miesięcy roku. Wybrałem te, których z całą pewnością nie można ominąć w kinie. Czasem w grę wchodzą kwestie wizualne (spektakularne widowiska za setki milionów dolarów zazwyczaj się sprawdzają), czasem marketingowe (znakomite zwiastuny), a czasem decyduje nazwisko aktora lub reżysera. Zapraszam do mojej Wspaniałej Dwunastki na 2017!

split shyamalan film

Uwaga, M. Night Shyamalan znowu nadciąga! Po bardzo udanym powrocie do korzeni w postaci „The Visit”, ten niegdysiejszy mistrz horrorów przygotował kolejne widowisko. I to nie byle z kim, bo samym Jamesem McAvoy’em, jednym z moich ulubionych aktorów, który tym razem otrzymał niewiarygodnie pole do popisu. Zagra Kevina, psychopatycznego mordercę o 24 osobowościach zamkniętych w jednym ciele. Szykuje się thriller wysokich lotów, a zwiastun obiecuje wulkan aktorskiego objawienia. Aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl! Będzie się działo!


mcimperium film michael keaton

Mamy już bardzo bystry polski tytuł – „McImperium”. Polecam śledzić aktualną filmografię Michaela Keatona. Ten aktor jakiś czas temu powrócił na sam szczyt i wybiera sobie wyłącznie wybitne role. Nie mam żadnych wątpliwości, że i tym razem skradnie każdą scenę. „The Founder” to prawdziwa historia bezwzględnego biznesmena Raya Kroca, faktycznego twórcy imperium McDonald’s, jednego z symboli globalizacji. Jak to się stało, że mała lokalna restauracja przekształciła się w największą restauracyjną franczyzę w historii? Tego nie można przegapić! 


milczenie film martin scorsese

Czyli „Milczenie”. Martin Scorsese na starość znowu odnalazł w sobie iskrę do kręcenia wybitnych filmów – warto wspomnieć chociażby „Wilka z Wall Street”. Co istotne, to właśnie Scorsese nakręcił kiedyś drugi w kolejności najlepszy film, jaki widziałem w życiu, czyli „The Last Temptation of Christ”. To chyba nie przypadek, że „Silence” również porusza kwestie religijne. Scorsese mierzy się z legendą, bo z kultowym filmem „The Mission”, również opowiadającym o jezuitach. Jednak zamiast realiów Ameryki Południowej wybierzemy się do feudalnej Japonii, w której każdy misjonarz musiał się mierzyć z widmem okrutnej śmierci. Obsada wybitna: Liam Neeson, a także dwie nowe gwiazdy młodego pokolenia: Andrew Garfield i Adam Driver. Niech spadnie deszcz Oscarów! 


x-men film hugh jackman wolverine

Wciąż stoję na stanowisku, że filmy o X-Menach biją inne komiksowe uniwersa na głowę (nie licząc oczywiście trylogii „The Dark Knight”). Są dojrzalsze, lepiej nakręcone, brawurowo zagrane i poruszające dość dojrzałe kwestie jak na tak popcornowe widowisko. „Logan” ma być pożegnaniem Hugh Jackmana z postacią Wolverine’a, której oddał 17 lat życia! Ale nie tylko Jackmanem ten film stoi, bo podobne pożegnanie zaliczy też Patrick Stewart jako Profesor X. Zwiastun obiecuje nam dystopijny, postapokaliptyczny i mroczny klimat opowieści. Bez wątpienia z dużą ilością czytelnych nawiązań do współczesnego świata. Trzymam kciuki! 


king kong film wyspa czaszki

Po widowiskowym, ale średnio udanym „King Kongu” Petera Jacksona, a także wielkim rozczarowaniu nową „Godzillą”, miałem serdecznie dość filmów o wielkich potworach. A tu taka niespodzianka! Fantastyczny trailer „Konga” obiecuje niesamowicie barwną rozrywkę z ogromną dozą akcji, szalonych pomysłów scenarzystów i ciekawych kreacji aktorskich. I jeszcze te realia wojny w Wietnamie! Nie przypominam sobie żadnego filmu fantastycznego dziejącego się w takim klimacie, zatem najwyższa pora wysłać amerykańskie helikoptery do walki z gigantycznym gorylem! Czy to może się nie udać? Pewnie że może, ale tym razem liczę na sukces. 


strażnicy galaktyki film marvel

Wiele osób uważa, że „Strażnicy Galaktyki” to najlepsze co wyszło spod znaku kinowego uniwersum Marvela od czasów pierwszego „Iron Mana”. Potwierdzam. Dzięki tej produkcji disney’owski Marvel zaliczył ostry skręt w stronę space opery, i to się chwali. Tym bardziej czekam na sequel. Zwiastun obiecuje, że tak jak do tej pory będzie bez trzymanki, po bandzie i z jajem, czyli tak jak lubię. Uwielbiam zabawę konwencją, a do tego space opera nadaje się najlepiej! Nawet jeśli nie lubicie filmów o superbohaterach, to na nowych „Strażnikach” będziecie się świetnie bawić. Przygoda!


wonder woman film dc

Mówi się, że do trzech razy sztuka. Ja zwykłem powtarzać, że do trzech razy sztuka, a za czwartym musi się udać! Kinowe uniwersum DC jak do tej pory dało nam trzy filmy i trzy mniejsze lub większe rozczarowania. To już ostatni dzwonek, by w końcu zrobić coś dobrze. Rewelacyjny zwiastun "Wonder Woman" - jeden z najlepszych, jakie widziałem - obiecuje nam niesamowitą superbohaterską opowieść w realiach I wojny światowej, z nutką mitów greckich w tle. Gal Gadot wygląda tak rewelacyjnie w kostiumie Wonder Woman, że trudno mi będzie wyobrazić sobie w tej roli kogokolwiek innego. No i jest Chris Pine, a to zawsze na plus. Błagam, panie i panowie z Warner Bros, nakręćcie w końcu porządny film!


spider-man film marvel

A skoro już jesteśmy w temacie superbohaterów, teraz kolejna po nowych "Strażnikach" tegoroczna produkcja Marvela. Jak do tej pory mieliśmy dwa kinowe wcielenia Człowieka-Pająka. Pierwsze z Tobeyem Maguirem miało słabego aktora i dobrą fabułę. Drugie z Andrew Garfieldem miało dobrego aktora i słabą fabułę. Nie chcę zapeszać, ale wygląda na to, że trzecie wcielenie z Tomem Hollandem w końcu będzie miało dobre obydwa aspekty! Holland zaliczył już bardzo udane intro w "Civil War", pora więc na film pełnometrażowy. A jego wrogiem będzie nie kto inny, jak sam Michael Keaton w roli Vulture'a! Oglądaliście "Birdmana"? Człowiek-Ptak rzeczywiście powrócił!


planeta małp wojna film

Ja wiem, że na pewno zapomnieliście o tej serii filmowej. Więc bez wykrętów, prędko nadróbcie poprzednie dwie części! Reboot cyklu przygód na Planecie Małp (a zwłaszcza "Ewolucja Planety Małp") to jedna z najlepszych rzeczy, jaka spotkała kino postapokaliptyczne w ostatnich latach. Wygląda doskonale, ogląda się doskonale i jest rozrywką na najwyższym poziomie. Po raz trzeci będziemy oglądać szympansa Cezara wiodącego swych pobratymców do walki o wolność. Czy małpy zatriumfują nad Ziemią? Mocno im kibicuję i wciąż czekam na reboot części o astronautach! God damn you all to hell!


dunkierka film christopher nolan

Christopher Nolan... Kiedyś wielkie objawienie Hollywood. Niestety po "Interstellar" straciłem fanatyczną wiarę w jego kinową supermoc. "Dunkirk" to w moich oczach szansa Nolana na odkupienie się z grzechów przeszłości i powrót do pierwszej ligi. Dramat wojenny o największej morskiej ewakuacji w historii wojen z całą pewnością będzie widowiskowy, choć sam nie wiem, czy przebije pod tym względem to, co widzieliśmy w "Atonement". Pierwszy teaser wygląda może nie do końca dobrze, ale Nolan zasłużył, bym raz jeszcze dał mu kredyt zaufania. Z ciekawostek: będzie Tom Hardy i oscarowy Mark Rylance. No i realia II wojny światowej, rzecz jasna. Oby było dobrze!


łowca androidów 2049 ryan gosling film

Napiszę chyba artykuł o sensie kręcenia sequeli lata po premierze oryginału. Czasem się to udaje, jak z "Przebudzeniem Mocy". A czasem jest wtopa, jak z nowym "Dniem Niepodległości". Nikt się nie spodziewał, że stary "Łowca Androidów" doczeka się tak kultowego statusu dekady po premierze. Dlatego tym bardziej nikt nie jest w stanie przewidzieć, co wyjdzie z tego sequela. Wiemy, że wraca Harrison Ford (to już jego trzeci - po Indianie Jonesie i Hanie Solo - powrót do korzeni). A nowym leadem zostaje uwielbiany przez publikę Ryan Gosling. Po pierwszym teaserze widać, że wizualnie będzie potęga. A fabularnie? Czas pokaże.



No i doszliśmy do końca roku, gdzie (to już chyba nowa tradycja) czekają kolejne "Gwiezdne Wojny"! Rey, Finn, Poe, Kylo Ren i cała masa nowych bohaterów powracają, by po raz kolejny zabrać nas do odległej galaktyki dawno, dawno temu. Po "Rogue One" zapewne macie ochotę na więcej mieczy świetlnych, Mocy i bitew kosmicznych. Proszę bardzo! I co istotne, w tym filmie zobaczycie (prawdopodobnie) po raz ostatni Carrie Fisher w roli Księżniczki Leii. Choćby dlatego będzie to szczególna premiera. Moc jest z tym filmem!

Jeśli nie znaleźliście w poniższych propozycjach nic dla was, to nie martwcie się - na pewno będzie więcej. W 2016 roku byliśmy w sumie na 53 filmach w kinie, z czego większość okazała się dobra lub bardzo dobra. Czy pobijemy rekord w 2017? Jesteśmy gotowi!
Copyright © Jest Kultowo! , Blogger